English version


   MAPA STRONY
W. Sedlak -> Droga życiowa -> Chronologia wydarzeń - Wnuk M., Zon J., Ks. Prof. W. Sedlak / Publikacje -> Spis publikacji - Dysertacje nt Sedlaka - Wydawnictwo "Continuo" - Opinie o publikacjach / Fotografie / Głos / Sedlakizm / Wypowiedzi o Sedlaku - Z. W. Wolkowski - K. D. Bernard

Kazimierz D. Bernard
Sedlak i ja - moja krótka historia
  (English version)

Urodziłem się 17 maja 1924 roku jako Kazimierz Bernard Dziedzioch w Chorzowie, skąd do miejsca urodzenia ks. prof. Włodzimierza Sedlaka - do Sosnowca - można dojechać środkami komunikacji miejskiej.

Przez całe lata zastanawiał mnie fakt, że chociaż moi rodzice, Augustyn i Gertruda, urodzili się w Königshütte (od 1922 - Królewska Huta, od wczesnych lat 30-tych - Chorzów), nigdy nie udało mi się usłyszeć ich mówiących inaczej niż literacką polszczyzna, choć żyliśmy przecież w otoczeniu ludzi mówiących gwarą śląską. Nawet w świadectwie, jakie otrzymałem po ukończeniu 6-letniej szkoły stwierdzono, że nigdy nie posługiwałem się gwarą.

Moja edukacja
Jej bieg w języku polskim zakończył się po 9 latach, w 1939 roku. Ukończyłem wtedy w Chorzowie 3-letnie gimnazjum o profilu humanistyczno-klasycznym, im. Odrowąża. Języka polskiego na co dzień zaprzestałem używać w 1942 r., kiedy przybyłem do Stanów Zjednoczonych. To czy zostanę przyjęty do Alliance Junior College in Cambridge Sprs, w stanie Pennsylvania, zależało od tego, czy uda mi się zaliczyć pierwszy semestr. Zamierzałem bowiem ukończyć szkołę jako inżynier mechanik. Tak więc moim pierwszym kursem języka angielskiego były zajęcia z umiejętności pisemnego formułowania myśli. Ponieważ zdałem wszystkie egzaminy w pierwszym semestrze, uzyskałem szansę kontynuacji nauki. Częścią naszego kursu języka angielskiego było napisanie wiersza. Napisałem nie jeden, a dwa wiersze. Zachęcony tym powodzeniem, postanowiłem napisać wiersz także po polsku, w moim ojczystym języku. Nie udało mi się znaleźć ani tematu dla wiersza, ani też sklecić nawet dwu linijek. Jestem ciekawy czym można by to wytłumaczyć.

Na wiosnę 1950 roku przeniosłem się do kampusu Universytetu Illinois, do Urbana, aby tam dalej uczyć się. Zmieniłem wtedy kierunek, w jakim miałem uzyskać kwalifikacje zawodowe, na zarządzanie w dziedzinie przemysłu. Wciąż jednak w moim wykazie nabytego wykształcenia brakowało zaliczenia z gramatyki języka angielskiego. Kiedy byłem już na ostatnim semestrze moich studiów, z biura toku studiów zatelefonowano do mnie wskazując, że brakuje w moich zaliczeniach jednego punktu kredytowego z języka angielskiego. Zaproponowano mi, że w tej sytuacji mogę zapisać się na kurs angielskiego dający ten brakujący jeden punkt kredytowy. Wskazano też, że mogę wybrać "dwupunktowy" kurs języka niemieckiego w koledżu, gdzie nauczano niemieckiego. Wybrałem to drugie i zdałem odpowiedni egzamin. Wiele razy zadawałem sobie pytanie: na jakiej podstawie wiedzieli oni, że mam podstawy niemieckiego? Czy do postawienia wspomnianej sugestii wystarczyło im tylko to, że urodziłem się na Śląsku?

Podejmując decyzję o pozostaniu w Stanach, i doświadczając różnorodnych kłopotów z moim nazwiskiem "Dziedzioch", na drodze prawnej zmieniłem je na "Bernard", dokonując swoistego przegrupowania w obrębie mojego pełnego nazwiska: drugie imię stało się nazwiskiem, a inicjał polskiego nazwiska stał się inicjałem drugiego imienia. Od tej pory zacząłem więc nazywać się Casimir D. Bernard. Uczyniłem to także po to, by moje przyszłe dzieci uwolnić od kłopotów, jakich sam doświadczyłem z powodu niezwykle trudnego do wymówienia dla amerykanów mojego polskiego nazwiska.

Moja formalna wcześniejsza edukacja nie wskazywała na to, że kiedyś zacznę interesować się biofizyka, bioelektroniką, a nawet metafizyką oraz polami energetycznymi, których właściwości znajdują się w obszarze tych dwu pierwszych dziedzin. Zanim zacząłem tłumaczyć "Postępy fizyki życia" autorstwa Włodzimierza Sedlaka, moje rozeznanie tej problematyki było wystarczające. Jestem przekonany, że do wykształcenia się zainteresowania tą problematyka doprowadził mnie także fakt mojego inwalidztwa. Otóż w Biuletynie Instytutu Nauk Noetycznych natrafiłem na artykuł angielskiego biologa Ruperta Sheldrake'a, w którym podejmował on problem czy jest możliwe wykrycie fantomu amputowanej kończyny. Wyniki jego badań zostały ogłoszone w książce zatytułowanej "Siedem eksperymentów, które mogłyby zmienić świat" (Seven Experiments that Could Change the World, Fourth Estate Limited, London 1994).

Przez kilka lat interesowałem się także chodzeniem "po ogniu", a nawet obserwowałem dwa takie wydarzenia, nie biorąc w nich udziału przede wszystkim z obawy, co mogłoby się stać ze sztuczną stopą. Tę obawę podzielał także opiekun grupy. Jednakże w 1994 r. kiedy byłem w odwiedzinach u córki w Nowym Meksyku, udało mi się przejść po rozżarzonych węglach. Nie miało to żadnego wpływu na wykonane z pianki poliuretanowej o wysokiej gęstości pokrycie mojej sztucznej stopy, ani też nie spowodowało żadnego uszkodzenia, wykonanej z gumy neoprenowej, końcówki laski, której używałem do podpierania się i utrzymania równowagi. Mój artykuł, w którym opisałem to doświadczenie ukazał się w 2003 r. w "Paranormal Review", wydawanym przez Towarzystwo Badań nad Psychiką (Society for Psychical Research).

Niektóre zdarzenia związane z wojną
Jako 16-letni chłopak, pomiędzy 17 a 28 maja 1940 r., brałem udział w dwu patrolach. Podczas tego, któremu przewodziłem dostaliśmy się w krzyżowy ogień dwu niemieckich karabinów maszynowych. Natomiast w bitwie, która rozegrała się 28 maja tego roku, wystrzelony z moździerza pocisk szrapnelowy oderwał mi prawą stopę. Nagrodzono mnie krzyżem Virtuti Militari oraz norweskim Krigskorset med Sverd a także innymi medalami polskimi i norweskimi. Moje nazwisko znajduje się na tablicy zamieszczonej na zewnątrz kościoła garnizonowego w Rzeszowie. Scena dekorowania mnie w Szkocji była wielokrotnie pokazywana w polskiej telewizji.

A co z moimi wspomnieniami o Sedlaku i refleksjami na jego temat? W gruncie rzeczy niewiele mogę o nim powiedzieć, gdyż koleje życia każdego z nas rozgrywały się na różnych kontynentach. Choć nie miałem odpowiedniego przygotowania, by w pełni rozumieć to, co on pisał, intuicja wskazywała mi, że podzielamy podobne idee. Będąc w Polsce, wraz z moją siostrą, spotkałem się z nim w klasztorze na Świętym Krzyżu. Tknięty jakimś przeczuciem wydobyłem z kieszeni uzdrawiający kryształ i podarowałem mu. Ucieszył się. Kiedy później przedstawiał mnie przeorowi klasztoru, wyjął kryształ z kieszeni i powiedział: - No, to teraz już będę mógł uzdrawiać... I obaj zaczęli śmiać się głośno.

(tłum: jz)



O stronie - autor